O autorze
Zakładki:
Alternatywne
|
wtorek, 24 kwietnia 2007
Kacuś moralny... :D
Moralizując, wzięłam się za galerię na rublu. Narazie tylko sechs skanów ze Świętego Kajetu (są do niczego, bynajmniej ja tak twierdzę...), ale jak się postaram, to może przy okazji weny twórczej rąbnę kolejne sześć. Jednego szkicu niechybnie się pozbyłam, i to całkiem przypadkowo... i mam... kacusia moralnego... A! Właśnie! Tydzień już mija, jak nie wypiłam ani kropelki kawy (mam nadzieję, że za kłamstwo się nie idzie do piekła...), ale przynajmniej staram się od kawy stronić. Idzie ciężko, bo zarywam noce, żeby móc pokazać profesorom figę z jasnym makiem, ale efekt jest zdumiewający... :D
sobota, 31 marca 2007
20 LISTOPADA
Kiedyż to ostatnio zwiedziłam okolice polskich łąk, zbereźnych lasów, pachnących miodem ruczajów i tajemniczych jarów, rajów i innego typu pięknych miejsc? Onegdaj bowiem z mędrego dziecięcia zmieniłam się w miejskiego patałacha, więc teraz wróciłam na łono swej matki planety. I napisałam powieść, natchniona. Poemat dziewiczy. Ale mniejsza z tym, grunt, że będę miała operację! Chirurg z parkinsonem zapowiedział, że mam nietypowe zapalenie wyrostka i teraz: 10% szansy - przejdzie mi samo. 40% szansy - nic się nie pogorszy i nafaszerują mnie tabletami. 50% - wyląduję na stole z silnym atakiem i skalpelem w brzuchu. A w szkole mieliśmy harry'ego pottera z małej litery pisanego. A co tam, raz kozie wio, przynajmniej chemii nie było. W domu remont, roszada dywanów, szafa na żyrandolu, tynk ze ścian odpada, jednym słowem wygląda to miliony razy gorzej niż wcześniej. Wiadomo, porządek trzeba robić, a bałagan robi się sam. I pewnie jak już mi wymalują i wysmarują ściany, uklepią podłogę i zmienią obrazy, każą posprzątać, sami idąc odpocząć do kręgielni. Chociaż może nie, u nas nie ma kręgielni...
poniedziałek, 19 marca 2007
...
już sobie poszłam, ale pewnie zmienię serwer, bo coś mi ta republika nie w smak jest. Nawet nie mam czasu się zająć tą stroną bo cała taka na łapu-capu zrobiona. Ale jest tu.
niedziela, 11 marca 2007
...
Szukam sobie akurat jakiegoś gładkiego miejsca w sieci. Małego, zgrabnego adresiku, gdzie się usadowię na dobre: może być to miejsce luksusowe na przykład, z atłasowymi fotelami i grubymi kotarami, może być też ekstrawaganckie: może mieć wściekle różowe okna i jadowicie zielony dywanik z frędzlami, a może jakieś miejsce chłodne i nowoczesne: surowa, stalowa rzeźba sera gdzieś w kącie... Mnie tu nie będzie tak parę dni. Zresztą to zrozumiałe, skoro jako człowiek sumienny i kreatywny staram się jednocześnie nauczyć budowy i działania wszystkich rodzajów silników, napisać powieść, spać dwadzieścia godzin dziennie, jeść obiadek i - rzecz jasna - znaleźć jeszcze czas na tą nową stronę. Hasta manana!
czwartek, 08 marca 2007
19 LISTOPADA
Na cóż prośby, na cóż błagania? Dzień i tak w słońcu nam przecież zbywa, Bóg próśb o śnieg i mróz nie słucha. Jakkolwiek listopad mamy dopiero, a zatem jako wróżka rzekła - dopiero w świąt trójcę... wżdy nie sposób pogody żałosnym zawodzeniem zmieniać, przez wzgląd jedynie na ki wyjazd w kraje osłonecznione - bo przecież nie takowo jest, że słonecznego miejsca dla słońca się nie opuszcza?... Pytacie pewnikiem, skąd ma gwara udziwniona, na staropolską klecona? Odpowiedź jest błaha zaiste i całkowicie zrozumiała: bo czy nie o wykwintną i kunsztowną mowę nas profesor od języka ojczystego prosiła? Czy nie zawodziła, iż ta dzisiejsza młodzież bezcześci mowę ojczystą jak niepatriockie pokolenie, a to obcymi zwrotami, a to kimi synonimami, co całkiem nie na miejscu są, a to w końcu niepoprawnymi językowo skrótami i skróceniami - a tu mamy jakże piękne wyrazy, jakże czystą, nieskażoną obcymi narodami i komunizmem, szowinizmem, nazizmem i rasizmem nieskalaną mowę ojczystą! Pachnie ona jakkowoż jak chleb pszeniczny, Janem z Czarnolasu, wybitnym Mickiewiczem i obrońcami granic - wprost nie do uwierzenia, że moi pobratymcy nie widzą nic wspaniałego w tych białych jak rumianki (rumaki?) polne słowach! Połowę dnia już przemawiam tą dorodną i wzniosłą polszczyzną, przez co nabawiłam się spojrzeń pełnych politowania od swych rodzicieli. Przez szacunek nie odpowiem nic. Matka proponuje mi wyjście do kościoła na mszę świętą - bo czyż nie niedzielę mamy, dzień Pański? Mimo, iż zareagowałam wprost entuzjastycznie, matka ma na krynolinę i dorożkę nie wyraziła zgody. Azaliż wdzięcznością to nie jest, choć na mszę poszłam bez sprzeciwu, by na piekielny rożen się nie nadziać. Ze skruchy do spowiedzi poszłam, że tak niesłusznie swą siostrę otoczyłam słowami niegodnymi świni dnia poprzedniego, choć przysięgę składam, że postać święta w ornacie śmiechem się zataczała na me słowa. Niech to świstun! Nikt zrozumienia!...
niedziela, 04 marca 2007
Alert cancelled
ALREADY HEALTHY ! :)
Po dramatycznej walce z namolnym lekarzem (akuratnie tym od podnieconego stetoskopu), uczuleniem na antybiotyk, zastrzykami domięśniowymi, po których miałam godzinny paraliż całego ciała oraz nocy w szpitalu wylądowalam w domu całkiem zdrowa i pełna życia - a że wiosenka przyszła, to mnie wyniosło na spacer do lasu z psem. Ja mam się dobrze, pies jest kompletnie wyczerpany. Życie jest piękne! Aha, wcale się nie taplałam w kałuży... to już jest kwestia czego innego... aż mnie dreszczyk bierze na samo wspomnienie!... A pies - nawet nie mój...
środa, 28 lutego 2007
18 LISTOPADA
Rzecz jasna, ponieważ to był mój pomysł, wszyscy, łacznie z Ptasiem, odnieśli się do niego sceptycznie. Ptasio to już w szczególności - spojrzał na mnie swoimi czterema parami wypukłych oczu, po czym podreptał do doniczki i tyle go widzieli. Fajnie, jedyny przyjaciel odwraca się do mnie odwłokiem. Nikt nie chce pomóc, trudno - wyrazy przyzwyczajenia. Chcąc nie chcąc, coś zrobić musiałam. Sobota jest, tudzież poszłam do babci w celu wiadomym. Podchodziłam już do ceglastoczerwonego domku z kominem, strzechą i wycieraczką (full wypas), kiedy zobaczyłam małą dziewczynkę przy drodze. Bawiła się, układając z kamyczków małe krzyżyki, czaszunie i ślepka. Dziewuszka miała około siedem lat, wytartą i łaciatą błękitną sukienkę oraz tak smutne, brązowe jak święta ziemia oczy, że poczułam się nagle jak zesłana na sybir bez możliwości zabrania jakiegokolwiek cieplejszego łachmana. Spokojnie się do niej uśmiechnęłam, chcąc jakkolwiek poprawić jej humor, a ona spojrzała na mnie bez uśmiechu czy jakiejkolwiek emocji na twarzy i z nieziemskim spokojem spytała: "Czego tak suszysz te zęby jak pranie na sznurku? Mało się jeszcze napatrzyłaś na nieszczęście na tym światku?". Tak mnie ta wypowiedź zaskoczyła, że nie poszłam do babci, lecz przyklękłam obok i z kilku uzbieranych kamyczków ułożyłam krótkie zdanie: Be happy. Zabrakło mi już kamyczków, bo podpisałabym się moją ksywą. Nie wiem, czemu kocham życie, bo tyle rzeczy mnie już powinno zdołować, że jeśli każdy niepomyślny dzień obróciłby się w płatek śniegu, to za moim oknem stałby pokaźny bałwan. Dziewczynka zaczęła niespodziewanie płakać, po czym powiedziała: "Nie mam prawa". Jak można nie mieć prawa?! Pytam się, jak można nie mieć prawa?!! Coś mnie wtedy dźgnęło. Nie wiem, co to było, ale chyba zrozumienie. Bo życie naprawdę potrafi dać po kości ogonowej. I nie chodzi tu o cmentarz pod domem, nie chodzi o gnuśną rodzinę i codzienne wieże z talerzy do zmywania, nie chodzi o złą ocenę z przemiany adiabatycznej... mogło być gorzej. Znacznie gorzej. I dlatego chyba jeszcze bardziej jestem Happy guy'em. A może - po prostu - Lucky guy'em?... 17 LISTOPADA
Tak się zastanawiam.. jako człowiek kreatywny chcę nakręcić film. Zanim pojadę na Hawaje, gdzie w promieniach wschodzącego słońca nakręcę z pewnością nominowany do wielu oskarów film dokumentalny o problemach współczesnej młodzieży dzikich, słonecznych wysp - muszę potrenować. Kumpela radzi wyraźnie, bym sparodiowała coś znanego, na przykład matrixa, różową panterę albo krąg (szacunek dla reżyserów, panowie! Czapki z głów!). To chyba nawet nie taki zły pomysł. Rozesłałam do wpływowych osób prośby o scenariusz, scenografię, efekty dźwiękowe, montaż i role. Już mam dość rzeczy, które się nie udają. Kręcimy Masmix Reaktywacja. O scenografię nie musimy się właściwie martwić, moje własne osiedle wygląda jak Matrix, otchłanie piekieł i świątynia Buddy jednocześnie. Idealne warunki na hicior w stylu Avy Gardner i Pterozaurów. Piętnaście minut po północy: To już się właściwie zalicza do soboty, ale siedziałam akurat w wannie i mnie szatan opętał. Wiem, co zrobię. Ohoho, będzie się działo!... trzeba tylko znaleźć sprzymierzeńców...
sobota, 24 lutego 2007
16 LISTOPADA
Mieć pod domem punkt mordów z drugiej wojny światowej nie jest zbyt najwspanialszym określeniem raju, ale cóż począć? W raju nie żyję. Tak poza tym zastanawiam się, czy dzięki fizyce może upaść moja kariera prawnicza. Chyba może. Jeśli naładowana termodynamiką i hydrostatyką zasiądę za biurkiem, z trwałym, rzecz jasna, urazem psychicznym, może być tylko źle. Przyjdzie klient, zapyta o poradę prawniczą (rozwód powiedzmy), a ja mu rzucę mięsem równiopochyłowym i przemianą adiabatyczną. I klient wyjdzie. Zdecydowanie trzeba coś z tym zrobić. Jeśli to kogoś interesuje, na niemieckim zabawiłam się razem z Kuziem i Fiołem w taką karteczkę. Każdy pisał linijkę tekstu (Po kolei: pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź), po czym zaginał ją i przekazywał dalej. Kiedy karteczka się skończyła, poczytaliśmy sobie. Mam ją tutaj. Przepiszę: "1. Co się stanie, jeśli kot spadnie z drzewa?" -"Upadną filary Golden Gate!". "2. Kiedy Browar zostanie zdetronizowany?" -"Rufus przyjdzie z wydepilowaną klatą" *. "3. Czy globalne ocieplenie przyczyni się do wzrostu sprzedaży lodówek?" -"To oczywiste. W 1978 roku". "4. Co będzie, gdy wykipi Fidel?" -"Drakula zmartwychwstanie i cię gryźnie". Dużo tego było. Wpadliśmy w taki atak niepohamowanego śmiechu, że Szpon** wpadł w szał. Gorąco polecam! *pozdro dla Rufusa alias sami wiecie kogo. Albo i nie wiecie. **Jeżeli to, profesorze, czytasz, to też pozdro!
piątek, 23 lutego 2007
15 LISTOPADA
Kolejna - zdawałoby się - nudna środa. Jak wiecie doskonale, muszę do szkółki podróżować, czy to noc, dzień, zmierzch czy świt, a wcale mi to w smak nie jest. Kiedy tu, jako kompletnie wyczerpana, padająca na siekacze osoba po dziewięciu godzinach nauki (w tym trzy fizyki) i dwóch wułefach, wracałam do domciu, a w brzusiu mi burczało, do autobusu mniej więcej po minutach siedmiu wlazł nachmielony osobnik płci nieokreślonej, i zaczął bluzgać na wszystkich pasażerów. Większość nie zwracała na niego uwagi (część nie mogła - spała), część udawała oburzonych, a część od razu przeszła do kontrataku, rzucając w niego mięsem, i to nie byle jakim: baraniną, cielęciną... poplecznicy podchmielonego osobnika (a konkretnie trzy zgrabne kaszaloty, wiek około 40-60 lat, równie nachmielone jak i on), zaczęły grozić z buta, jedna nawet zdjęła wyświechtaną szpilkę i cisnęła nią w pasażerów. Drugi, gruby kaszalot śmierdział tak mocno, że stanowił mocną broń - każdy się odsuwał. Widać było, kobita ze wsi, gołębie guano, zsiadłe mleko, zgniłe jaja, gnojówka... odorek fest, zastanawiałam się, czy kierowca nie trzyma na syuacje ekstremalne masek gazowych albo chociażby ousta. Podeszłoby się tak i perfidnie w twarz strzeliło spray'em. Ale i tak skończyło się na tym, że podchmielony osobnik zbluzgał kierowcę za to, że przegapił przystanek (znaczy się on przegapił, nie kierowca), po czym kręcąc ostentacyjnie sobieskim wysiadł z wehikułu. P.S. Jak wróciłam do domu, była dwudziesta; moją uwagę przykuła gazeta dzisiejsza z dość znajomym artykułem o niejakim panie R. Pan Robert ma się dobrze, z tym, że jest mocno przestraszony. Archeologowie nadal pracują, historycy się kręcą, policja strzeże, reporterzy obiecują roczny zapas sensacyjych informacji. Ale kiedy się zagłębiłam w artykuł, serce podeszło mi do gardła. Teraz już wiem (jeśli, rzecz jasna, wierzyć prasie), co skrywał chodnikowy korek. Uj. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||